
Cóż to za wyzwanie? W dużym skrócie: 12h, haftowanie, pogaduszki, zadania specjalne.
Już tłumaczę szczegółowo.
Koleżanka Asia zorganizowała nam - szalonym hafciarkom – super wyzwanie: wspólnie haftować przez 12 sobotnich godzin. Każda oczywiście swoją pracę. Na początku maratonu zrobiłyśmy zdjęcia wraz z podanym hasłem startowym „Igła w dłoni…”, a po upływie 12 godzin kolejne, z pokazaniem ilości wyhaftowanych krzyżyków i hasłem końcowym „…krzyżyk goni”. Wiele dziewczyn korzystało z tzw. sprinta w Sadze - aplikacji do haftu. Ja akurat jeszcze jej nie zakupiłam, więc u mnie podliczanie było standardowe, czyli z kartki z zaznaczonymi zakreślaczem wyhaftowanymi krzyżykami. W trakcie wyzwania bardzo miło sobie gawędziłyśmy na Discordzie.




Pierwszy maraton wiązał się dla mnie z niepewnością, czy fizycznie dam radę. Kombinowałam nawet z ustawieniem statywu, tak bym mogła haftować na stojąco. Ale i tak głównie siedziałam.

W tym maratonie razem z Iloną wyszywałyśmy od 10 rano do 10 wieczorem. Mąż donosił mi wodę i małe przegryzki, żebym nie opadła z sił. Całe szczęście, że mam bardzo wygodne miejsce do haftowania, chociaż przyznaję, że pod koniec zaczęła mnie boleć ręka.
Ale dotrwałam do końca i osiągnęłam wynik 1824 krzyżyki. Dało mi to szóste miejsce w I kategorii, czyli haftów o dużej ilości kolorów. Mirka deptała mi po piętach, różnica między nami wyniosła tylko 8 krzyżyków.
A kilka dni później udało mi się dokończyć 26 stronę. Na materiale znajduje się już ponad 187200 krzyżyków (67,6%).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz